Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szor. — Nie może to być, aby się nie ulękli — tylko czasu nie tracić...
Biały wahał się jeszcze, lecz Szaszor drżał i kipiał z niecierpliwości.
— Niechaj wasza miłość nie zwleka... pojutrze będzie zapóźno. Żelazo bić, póki gorące. Szarlej weźmiemy...
Jeszcze nie mógł słowa stanowczego wyrzec Biały, gdy słuchający rozmowy od progu Lasota, przejęty i zarażony zuchwalstwem Szaszora, krzyknął.
— A czego czekać? iść!
I to by może nie przeważyło jeszcze, gdyby w kącie nie postrzegł książę Buśka.
Ten stał z miną szyderską, jakby mówił oczyma. — Oto go mam, już się zawahał — i stchórzy.
Wzrok ten ubodł Białego jak wymówka, zawstydził się.
— Na Szarlej! rób jakeś powiedział — iść...
Załogi część ze Złotoryi weźmiemy z sobą, a Włocławskich i Gniewkowskich tu zostawić... Ślijże przodem stracha, my za nim...
Szaszor z radości, że mu się księcia namówić udało, przybiegł go w rękę pocałować, kołpak na głowę włożył i wypadł jak szalony w podwórze.
Miał tyle jednak pomiarkowania, że nie okrzyknął jeszcze głośno, dokąd i kiedy iść mają, począł tylko załogę rozdzielać, ludzi wybierać, i