Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


straszony. Wśród gromady łatwo mu było poznać związanego starca... załamał ręce.
Nie pojmował co się stało.
Książę tymczasem trąbić kazał.
Nim się do Łukosza wysłany Szaszor przybliżył ku wrotom, Romlik uprzedzając go z wielkim wysileniem podniósł głos.
— Łukosz — wrzasnął — żebyś mi zamku nie śmiał otwierać... żebyś mi się nie poddawał. Zdrajcy są... bronić się do upadłego...
Nie mogąc zrozumieć jeszcze, ani kto Romlika prowadził, ani co się stało z dowódzcą, ni czego chciano od zamku, Łukosz stał osłupiony.
— Bronić zamku! nie poddawać! — wołał zajadle, głos podnosząc Romlik.
Milczenie panowało chwilę.
W tem Lasota począł krzyczeć.
— Bramy zaraz otwierać... zamek zdać! chcecieli życie uchować! Rozkaz króla... gród ma być puszczony księciu na Gniewkowie...
Łukosz mało co o tym księciu słyszał, nie znał go wcale — nie wiedział co czynić — ale Romlika rozkaz był dlań święty... Tymczasem pachołkowie pięściami usta staremu zamykali.
Szaszor, który znał Łukosza i wiedział, że jak dziecko rodzone był do starosty przywiązany — począł wołać.
— Jeżeli zamku nie zdacie natychmiast, wy-