Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Siadłszy na koń, obejrzał się książę i co konie starczą, jechać za sobą kazał do Złotoryi. Okutego starostę rzucono znowu na konia, dwóch pachołków wzięło go między siebie.
W ciągu podróży Biały razy kilka obejrzał się na więźnia niespokojny, spotykając zawsze wlepiony w siebie wzrok krwawych oczu jego, tak śmiały i wyzywający, jakby się wcale nie obawiał śmierci, którą mu grożono.
Nie odzywali się jeden do drugiego — książę spodziewał się, iż gdy pod mury twierdzy się zbliżą, na ostatek starego trwoga ogarnie, ale Romlik jechał jak kamienny...
Już nie daleko byli od wrót zamkniętych, gdy książę stanąć kazał — i groźno najechał na Romlika.
— Słyszysz, ty! — zawołał — jeszcze raz wzywam cię, natychmiast mi zamkowym poddać się każesz...
Starosta z pod brwi rozrosłych, rzucił nań wejrzeniem dumnem i śmiałem i krótko wyjęknął.
— Nie!
— Śmierć cię tu czeka! — zawrzał książę.
— Romlik skrzywił usta, odwrócił oczy i patrzał na zamek swój.
Z murów ludzie spostrzegli byli zbliżających się i ku wrotom ciekawie naciskali.
Na wyżki po nad niemi wybiegł Łukosz prze-