Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzymał, zadrgał — chciał go podnieść na starca i strzymał się. Przypomniał sobie, że mnichem był.
— Na koń! — zawołał głosem donośnym — na konie, do Złotoryi z nim...
W tem Romlik, któremu znowu rozbudzony gniew spokojnie ustać nie dawał, rzucił się, jakby chciał na księcia wpaść, sznury porwał...
Biały się cofnął.
— Kajdan na niego! — krzyknął — okuć go zaraz...
Starostę obalono na ziemię. Czeladź się po łańcuchy i kowala rozbiegła.
Tymczasem inni już konie z szop i stajen wyprowadzali. Lasota, Szaszor, Sikora wołali — do koni! żywo!
Dniało już jasno.
Biały na powrót wszedł do dworu, widok obalonego starca niewiedzieć dla czego przykrym mu był, niepokojącym.
Zadumany przeszedł się po izbach pustych — znać w nim było wahanie się jakieś i niepewność.
Na dworze okowywano starego Romlika, który zęby zaciąwszy nie targał się już i nie bronił, choć mu ciało oszarpano łańcuchem.
Wkrótce potem Biały wyszedł we zbroi i szyszaku na koń siadać, posępny, z twarzą, na której wymuszoną siłę i energję widać było, która go wiele kosztowała.
Buśko płaszcz niósł za nim.