Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na ławie, podesławszy starą opończę, Buśko spał twardo. Gdy Szaszor z Sikorą w podwórce wpadli z wrzawą wielką, pokrzykując i głosząc swe zwycięzstwo — wszyscy się ze snu zerwali; Buśko pochwycił z ławy przestraszony żegnając.
Szaszor oznajmując o Romliku, pchał go co prędzej do księcia, aby czasu nie tracić.
Biały też, nie rozdziawszy się, jak stał, zbroję tylko z piersi zdjąwszy, na ławie przy stole zmęczony gorączkowym snem, niespokojnym odpoczywał...
Wrzawa go obudziła i wybiegł zaraz z mieczem w ręku, nie wiedząc jeszcze co się stało, gdy w progu mu związanego popchnięto Romlika.
Starosta spoglądał nań oczyma zakrwawionemi — ale bynajmniej nie ulękły.
— Tyś Romlik? — zawołał podchodząc książę, ty trzymasz Złotoryą? Znasz mnie?
— Romlik jestem — ale ciebie nie znam i znać nie chcę — odparł stary.
Biały spojrzał nań gniewnie.
— Chcesz czy nie, to mnie poznasz! — krzyknął. — Złotoryą mi natychmiast musisz zdać, albo... gardła twego szczędzić nie będę.
— Za moje gardło swojem zapłacisz... — odparł Romlik. — Złotoryi mieć nie będziesz... Zdrajca jesteś...
Słysząc to Biały pobladł — miecz który w ręku