Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Księcia Białego przykazanie...
— Coś ty, w służbę jego wszedł?
— A w służbę — i milcz! — odparł Szaszor. — Rychło zobaczysz, co cię czeka...
Starego nie można było zmusić do milczenia, klął i wymyślał bez ustanku. Śmiano się z bezsilnego, a to gniew jego powiększało.
Szaszor, mający doń złość — urągać począł i znęcać się.
— Przyszła i na was kolej! nie małoście żołnierzyskom nadokuczali, a ziemianom nadojedli. — Nie zechcecie gardła dać, Złotoryą musicie.
— To dam gardło... — krzyczał Romlik.
— Jeżeli was wieszać będą — dodał Sikora — bądźcie spokojni, ja wam spowiednika przyprowadzę...
— A ja postronka dam... — rzekł Szaszor.
W końcu znużony, zapieniony Romlik, zaciął usta, zamknął oczy i nie odzywając się ani na szyderstwa, ni na pogróżki, jakby nic nie czuł i nie słyszał, dał z sobą robić co chcieli. Pachołki konia jego popędzając, bili go po plecach, śmieli się z tego drudzy, Romlik był już jak kłoda...
Konie zmęczone smagano nielitościwie, nagląc do pośpiechu — nad rankiem zbliżyli się do Gniewkowa.
Tu, choć na dworcu część ludzi spała, niektórzy straż odprawując, przy beczkach piwa siedzieli.