Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ludzie co pieśń znali, zawtórowali mu śmiejąc się i zagłuszyli wołanie miotającego się, a przeklinającego Romlika.
Tymczasem konie popędzano, nazad z łupem spiesząc do Gniewkowa.
Szaszor rad był i tryumfował, że mu się to tak gracko udało; Sikora utrzymywał, że gdyby nie on, pewnieby Romlik uszedł, ale zawczasu dwór otoczyć radził...
Na wołającego i wymyślającego starego, nikt nie zważał.
Romlika dobrze że krew nie ubiła. Przypomniał sobie teraz, że się gwałtem do Złotoryi wyrywał, że go brat nie puścił, że miał przeczucie złowrogie... To się na nieszczęście ziściło.
Zkąd się tu nagle wziął Biały książę, w głowie mu się nie mogło pomieścić — bo dawno żadnego o nim słuchu nie było.
Gdyby nie Szaszor — innąby zdradę jakąś przypuszczał.
Wszystko to niemal jak sen straszny mu się wydawało, ale czuł się skrępowanym okrutnie, rwał sznury i ciało sobie ranił — nie zmora to więc była.
Pieśń miłosna skończyła się śmiechem i okrzykami, Romlik, korzystając z milczenia — wołać znów począł do Szaszora.
— Prawdę mów, zbóju, kto cię na to nasadził? Wiesz, że gardłem to przypłacić możesz?..