Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


swego boku, wskazać na swe wojsko i rzec z uśmiechem zwycięzkim.
— A co? Nałęcz? powiecie wy mi jeszcze, że nie umiem działać, gdy potrzeba??
— Miłościwy książę — odparł Lasota — zdumiewam się, cieszę i tylko życzę, aby tak szło dalej.
— Pierwszy krok najtrudniejszy — śmiejąc się zawołał Biały. — Gniewkowa jestem pewny... Czekają tam już na nas... Z dwoma temi zamkami już się trzymać mogę, ale nie myślę na tem poprzestać, nim się wieść rozniesie, zajmę ich jeszcze kilka...
Potem Ludwik się będzie musiał rachować ze mną; Wielkopolan mam za sobą...
Gdy to mówił książę, twarz mu pałała i promieniała, zdawał się odmłodzony, rumieniec miał na ustach. Uderzył po mieczu u boku i dodał.
— Reszty żelazo dokona!
Lasota zmianę szczęśliwą widząc, skłaniał głowę i przyznawał księciu wszystko. Tylko Buśko jechał smutny.
Drogę do Gniewkowa nie żałując koni, przerzynając się najprostszemi bezdrożami, książę i jego orszak odbył w krótszym czasie, niż się sam spodziewał.
Zbliżając się ku temu staremu gniazdu swojemu, Biały spoważniał trochę. Spotykały go tu co krok wspomnienia młodości, szczęścia, pier-