Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszych lat życia niepowrotnych, ozłoconych nadziejami tylu.
Pomimo zwycięztwa, smutek i jakieś złowrogie przeczucie, zaczęły nim zawładywać.
Czuł, że szczęście jakiego tu kosztował, dwa razy nie powraca w życiu. Chmura przesunęła się po czole i zawisła nad niem, ścisnęło serce.
Nie dojeżdżając do zamku, rozweselił się znowu, widać było że Gniewosz go tu poprzedził. Starzy słudzy, dawny dwór, ludzie co pamiętali minione czasy, konno i pieszo wybiegali na spotkanie.
Pomimo opowiadań i zaręczeń Gniewosza, nie chciało się im wierzyć, aby książę mnich, zrzuciwszy kaptur, po latach tylu do nich powracał.
Z Białym dobrze się im działo. Miał wprawdzie dziwactwa swoje, a łaska jego bywała nie trwałą i zmienną — lecz nie był nigdy zbyt okrutnym — pamiętano mu co dobrego czynił.
Zoczywszy nadciągający orszak, ludzie gniewkowscy podnieśli okrzyk wielki. Niektórzy z nich na gościńcu popadali na kolana ręce podnosząc, inni do strzemion jego biegli, chwytając i całując nogi.
— Książę nasz! książę nasz! — krzyczano biegnąc za końmi, wyprzedzając się, czapki podrzucając do góry.
Buśko, który dotąd kwaśny był i zasępiany, uległ zarazie tego rozczulenia, które wszystkich