Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zaczęto się w tym ważnym przedmiocie naradzać po cichu, myśląc wyprawić do miasta kogoś, coby tę omyłkę starał się naprawić i ściągnął coś od mieszkańców; ale, czasu było omal.
Książę wołał, aby mu co było na podorędziu dano do jedzenia; i zapowiadał, że się natychmiast z Gąską udać musi do Gniewkowa.
W podwórzu już szykowali się posłuszni wojacy Gąski, wywodząc konie, chwytając oręż, jaki się dał znaleźć i mocno wbici w pychę tem, że straż przyboczną księcia stanowić mieli.
Stary półkowódzca także przejęty był tem, że u boku pana, po długim wypoczynku, powołanym jest do czynności.
Orszak ten, który miał towarzyszyć Białemu, wprawdzie po świetnych rycerzach, jakich się on napatrzył na dworze Ludwika, nie wydawał mu się bardzo okazałym, prawdę rzekłszy był lichym, zawsze jednak wart był więcej niż czterej ludzie z dodatkiem Buśka, z któremi tak szczęśliwie Włocławek zająć się udało.
O przyszłości nie wątpił już książę, zdawało mu się, że tak samo powinny mu się poddawać wszystkie zamki królewskie. Przypisywał urokowi swojego imienia, co było dziełem przypadku.
Gniewków, do którego poprzedził go Gniewosz, zdawało mu się, że już miał w ręku.

Tłum okrzykujący go tutaj, zapowiadał ogólne uznanie, i prędkie skupienie się sił znacznych[1]

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.