Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nia, odsunął trochę okna i do bliżej stojących z ruchem niecierpliwym, zawołał półgłosem.
— Pić i jeść dawajcie!
Nikt go słuchać nie miał czasu, gdyż wszystkich oczy były w księcia wlepione, uszy wszystkich zwrócone ku niemu.
Polszczyzną trochę łamaną, ale zawsze zrozumiałą, książę przemówił do starszyzny, ciesząc się iż powraca na swą ojcowiznę, do nich, zalecając im dotrzymanie wiary, obiecując łaski wielkie.
Nic go to nie kosztowało, a mogło mu pomódz wielce.
Przyobiecywał więc swobody Włocławkowi, jakich żadne miasto nie miało, myto dla niego na rzece pobierając się mające, skład towaru przymusowy, uwolnienie od opłat wielu...
Okrzyknięto znowu księcia... Zapał rosnął ogromnie.
Starszyzna teraz dopiero pomiarkowała, jak się znalazła nieprzyzwoicie, idąc bez podarku na powitanie księcia. Było to przeciw wszelkim tradycjom odwiecznym, które wymagały, aby podwładny ani do pana, ani do sędziego, bodaj do wójta i sołtysa nie szedł nigdy z próżnemi rękami.
Rybacy także zmiarkowali, że cześć ich wymagała przynajmniej szczupaka dla pana, a coś mniejszych płotek dla czeladzi.