Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gromadka, która ku Włocławkowi zwolna się zbliżała, składała się w istocie ze zbrojnej czeladzi, na której czele jechał sędziwy mężczyzna, okryty kożuchem z kun dostatnim, z różańcem w ręku.
Wyrazista to była twarz, z oczyma przymrużonemi, ogromnemi usty w pół otwartemi, nosem niewielkim i policzkami wystającemi. Ten, kto ją raz widział, poznałby ją zawsze, tak charakterystyczny miała wyraz jakiejś osłupiałej, flegmatycznej zadumy.
Książę pomijając starego, odwrócił się ku niemu, i zobaczywszy go, koniowi cugli skrócił.
Stary oczyma, które już nie zbyt dobrze widzieć musiały, i zmrużały się z wysiłkiem patrzając — począł Białemu się przyglądać, gdy ten nagle zawołał doń.
— Gniewosz?
Usłyszawszy ten głos, jeździec drgnął cały.
— Z tamtego świata wołanie? — krzyknął. W imię ojca!... Postaci nie widzę, a głos słyszę Gniewkowskiego pana! Toć nie może być.
— A jest! — zawołał książe stając przy nim. Gniewosz! jam jest...
Staremu się dwie łzy stoczyły po bladych policzkach.
— Cud więc się stał, — rzekł głosem drżącym.
— Stanie się jeszcze większy, jeżeli wy mi, wiernie dochowawszy pamięci — pomożecie...