Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jadę moją dzielnicę odbierać... Król mi ją — oddał...
Bez rozmysłu fałsz ten wyrwał mu się z ust.
— Wy stary Gniewoszu ze mną, naprzód do Włocławka. Zamek obejmuję na siebie...
Gniewosz, który różaniec coprędzej, przeżegnawszy się do pasa przyczepił, cugle zagarnął, skrócił i trochę niespokojny, obejrzał się, ilu książe ludzi, miał na zajęcie zamku.
Zobaczywszy kupkę nie liczniejszą od swojej — odezwał się.
— Gdzież rycerstwo księcia?
— Nadciąga! — odparł Biały — tymczasem go niepotrzebujemy. Włocławek przecie słowu memu zawierzy... i opierać się nie będzie. Ze mną stary!
Gniewosz też opierać się nie myślał, mocno wzruszony jechał obok księcia. Czeladź jego pomnożyła liczbę tych, co warowny, bądź co bądź gródek, opanować mieli.
Nie było to zamczysko zbyt silnie naówczas obronne, spalone kilkakroć przez Krzyżaków, na prędce na nowo osypane wałem i opasane ostrokołami, nie wiele miało murów nadwerężonych, ogorzałych i polepionych dość niedbale.
Tyle podobnych twierdz stało po granicach i domagało się przerobienia ich z gruntu, iż na wszystkie rąk i kosztów nie stawało. Co pil-