Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie[1]? Co słychać między duchownemi?... Gdybyście mi pomogli, od Gniezna bym począł.
Hanko struchlał — długo odpowiedzieć nie mogąc.
— Miłościwy panie — szepnął. — Arcybiskupich ludzi jest z półtorasta głów.... a nasze mieszczaństwo nie rycerskiego ducha i boi się wszelkiego zamieszania...
Na miłość Bożą, nie narażajcie siebie i nas.
Mówiąc to, drżał cały Hanko. Książę spojrzał nań nieledwie z pogardą — zmilczał.
Tymczasem mieszczanin, który i księciu się narazić nie chciał, a miał resztkę przywiązania do niego, począł mu powoli opowiadać o Gnieznie, o siłach przeważnych — o mnogości ludu, któryby przeciw niemu się mógł podnieść, razem poddając inną myśl.
— Ja to wiem z pewnością — rzekł - że na Włocławku załogi tak jak niema... Ledwie kilku ludzi, zamek otworem, ani wątpić, że gdybyś książę wjechał, poddaliby się...
Z równą gorącością jak przed chwilą chciał zdobywać Gniezno, Władysław chwycił się myśli opanowania Włocławka.

Hanko mówił prawdę, bo istotnie Włocławek stał prawie bezbronnym i mógł być ubieżonym, lecz — chcąc się Białego pozbyć z Gniezna, tem gorącej mówił, dodając, iż potrzeba było natychmiast korzystać z czasu, bo lada dzień mogą

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mieszczanie.