Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


iż mu się bardzo pilno i z wielkiem podziwieniem przypatrywać zaczął.
Uderzyło go i przypomnienie podobieństwa jakiegoś, i to może, iż goście nie umieli opowiedzieć się zkąd jechali. Bo osobno, każdy prawił co innego.
Książę nie myśląc się ukrywać bardzo przed Hankiem, gdy się sam na sam zostali, coś przebąknął o Gniewkowie.
Wzmianka ta utwierdziła Hankę w domysłach.
Przyskoczył do kolan księcia, wzruszony wielce.
— Ja poznałem miłość waszą — zawołał — nie ukrywajcie się przed sługą swym. Jesteście księciem z Gniewkowa. Ale u nas mówiono, iż do klasztoru zamknęliście się dobrowolnie.
Książe rad, że go z takiem uczuciem przyjmowano, nieostrożny i zawsze pod pierwszego wrażenia wpływem, działający porywczo, odparł śmiejąc się.
— Nie będę zaprzeczał... Tak! Chcę odzyskać, co mi Kaźmirz wydarł niesłusznie... a — kto wie, może i co więcej.
Nieopatrzne to wyznanie, w początku bardzo rozczulonego Hankę — ostudziło. Uląkł się.
W tem książe położywszy mu rękę na ramieniu, i sądząc, że go już ma całego, począł szeptać.
— Jest u was załoga? Jak myślą mieszcza