Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nieboszczyk Kaźmirz, męzkiego nie ma potomstwa, a królestwo nasze nie pójdzie po kądzieli. Nie! Będziemy mu może Piasta szukać musieli!.. Kto naówczas wie?
Biały z obu stron habit swój pochwycił i począł nim trząść.
— Ta suknia, kto ją raz włożył, do ciała przyrasta! — zawołał. — Nie można jej zrzucić...
— Przebaczy mi miłość wasza... — odezwał się Wyszota, — Ojciec święty, zastępca Chrystusa na ziemi, może ze ślubów zwolnić i rozwiązać. Mieliśmy tego przykład na Kaźmirzu, na Mnichu, który tak jak miłość wasza, w zakonie św. Benedykta śluby złożył.
— Nie mąćcie mi spokoju, — przerwał gwałtownie książę, — pokusami temi. Światam się zdradliwego i znikomego raz wyrzekł... Kusicielami nie bądźcie...
Przedpełk zwolna krok naprzód postąpił — rola mu się zdała przygotowaną, — i czyniąc pokłon, odezwał się.
— Otóż czas miłości waszej wyznać prawdę całą. W istocie kusić przybyliśmy, ale nie z własnej naprawy, tylko od ziemi naszej wielkopolskiej, utrapionej wielce, upokorzonej, nieszczęśliwej. Pana potrzebujemy, Piasta chcemy... na waszą miłość oczy się obróciły.
Wielkie swe niebieskie źrenice książę wlepił w mówiącego, zdziwiony, przelękły, zmięszany,