Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Córka też jego, Fryda, — dodał Lasota, — miłości waszej ukłon zasyła.
Rzucił się mnich i krok cofnął, brwi mu się zmarszczyły.
— Fryda Bodczanka, — rzekł głosem zmienionym, — ależ ta... dawno być musi komu poślubiona? Kto jej mężem?
— Nie ma męża, — odparł Lasota. — Mówią, że wielu możnych rycerzy, pomimo nalegania ojcowskiego, odmówiła. Dziewicą pozostała dotąd... a, co dziwniej, tak jeszcze gładką jest i wydaje się młodą, jakby nie miała więcej lat dwudziestu.
Książę spuścił oczy i gryzł wargi, rozmowa ta widocznie przykrą mu była.
Przedpełk, Szczepan, Wyszota milczeli, zdawszy rozmowę na Lasotę, który, jak się im zdało, zręcznie nią pokierował, wedle ich myśli.
— Stary Bodcza, — dodał Nałęcz, — choć wiedział, że miłość wasza wdzieliście suknię zakonną, wszelako, jak uważałem, cale nadziei się nie zbył, że miłość waszą zobaczy u nas... Mamy przecie benedyktyńskie klasztory...
Biały cofnął się aż do okna, i wnet znów ku posłom się zbliżył.
— Radbym być jak najdalej, najdalej od was, — począł namiętnie, — aby przeszłość zapomnieć, bo ona wrócić nie może.
— Jako? jako? — wtrącił żywo Przedpełk. — Bóg jeden wie przyszłość. Król Ludwik, jak nasz