Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niż Polską... Królowa stara u nas panuje za niego...
Ton, jakim to wymówił, więcej znaczył niż słowa.
Książę zrozumiał go, pół uśmiechu gorzkiego przebiegło mu po ustach.
— A w Gniewkowie, w Złotoryi, kto siedzi? — spytał.
— Starostowie, — odparł Przedpełk, — księztwo wasze na króla idzie.
Ręka księcia, sparta na stoliku, zadrgała.
Przedpełk patrzał nań jak w tęczę, badając wyraz twarzy i wrażenia przechodzące po niej, których ukryć nie umiał.
Czas jakiś milczeli wszyscy, Lasota się zebrał na odwagę.
— Muszę miłości waszej, — rzekł, — pozdrowienie oddać od starego Bodczy z Drzdenka, widziałem go i rzekł mi: A gdybyście tam księcia mojego Władysława spotkali, pokłon mu oddajcie i mówcie, że my go nie zapomnieliśmy i tęsknimy za nim.
Książę cały zwrócony ku mówiącemu, zdawał się chciwie połykać te słowa. Zarumienił się, rękę do piersi przyłożył.
— Poczciwy Bodcza stary, — zawołał, — gdym najnieszczęśliwszy był po stracie żony, on jeden żal dzielił ze mną i w jego domu najmilszą miałem gościnę...