Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po przywitaniu niecierpliwy książę sam ich, nie czekając, zagadnął.
— Cóż wy tu macie do czynienia? jakie was tu losy zagnały?
Wyrazy te wymówił po polsku, ale w ich dźwięku i pewnym przymusie a zająknieniu czuć było, iż się od mowy tej odzwyczaił, że mu przychodziła z trudnością. Na nim samym uczyniło to przykre wrażenie, spuścił oczy.
— Długoby o tem mówić miłości waszej, — rzekł Przedpełk, — jakeśmy się tu do obcego kraju dostali... ale raz już będąc w Dywjonie, chcieliśmy naszego Piasta nawiedzić i pozdrowić.
Twarz księcia pofałdowała się nagle.
— Piasta? — podchwycił, — Piasta? Nie ma tu już, pod tą suknią (potrząsnął mocno habitem, jak gdyby go chciał poszarpać), nie ma tu już ani Piasta, ani księcia, ale biedny sługa Boży, brat Benignus...
Skończył ciężkim westchnieniem. Oczy jego pobiegły żywo po przybyłych, szukając znajomej twarzy, czy jakiegoś przypomnienia.
— Z kraju, z Polski jedziecie! — zawołał, — co słychać? Jak tam siostrzan mój, tak — boć siostrzenicę moją Ludwik poślubił — rządzi się u was, radzi mu jesteście?
— Król Ludwik wcale u nas nie rządzi, — przerwał Wyszota, — nie ma na to czasu. Więcej pono zajęty Włochami, Neapolem i Węgry...