Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakto! — zawołał, — więc tam jeszcze nie zapomniano o mnie? Wiedzą? znają? pamiętają?...
Buśko od rana czatował przy bramie, aby tych gości pożądanych wprowadzić; dano mu rozkaz taki. Opat był uwiadomiony. Nie obawiał się on i nie domyślał nic, nie sądził, aby potrzeba było wzbraniać księciu pociechy widzenia ziomków swoich.
Może pamięć na to, iż zbytnia surowość Cystersów wygnała go ztamtąd, czyniła opata łagodniejszym.
Posłowie zrana przyodziawszy się pięknie, poszli do katedry wysłuchać mszy świętej, i dopiero po niej stawili się u furty opactwa.
Buśko tak nędznie przyodziany jak wczoraj, już tu na nich oczekiwał. Wprawdzie brat Izydor był wyznaczonym, aby przy odwiedzinach jako świadek się znajdował, lecz nie spieszono mu dać znać, gdyż język, w którym rozmowa się toczyć miała, bytność jego czynił zbyteczną.
Posłowie, których starszy Przedpełk prowadził, z Lasotą razem weszli na próg celi, nizkim ukłonem witając księcia.
Gdy ich zobaczył, na bladą jego twarz na chwilę rumieniec wypłynął, oblał ją całą i zniknął. Książę stał nie jak mnich, ale jak Piast, który swych wiernych ziemian przyjmuje. Jedną ręką o stół oparty, postawę miał prawie dumną.