Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drżący. Gdy Przedpełk umilkł, on odpowiedzieć nie mógł. Słychać było oddech przyspieszony, dyszenie ciężkie.
— Coście rzekli! — począł cicho, — coście rzekli!!.. Ślub mój wiąże mnie jak kajdany, a iść tam, znaczyłoby to przeciw siostrzeńca, przeciw koronowanego króla... Nie godzi mi się.
— Papież rozwiąże sumienie... — rzekł Wyszota.
— Mylicie się, — odparł Biały. — Ojciec święty we francuskich jest rękach, andegaweńskiemu domowi oddany...
— Na dziś jeszcze o porywaniu się przeciw niemu, — rzekł Przedpełk, — mowy nie ma. Tymczasem książębyś swoją dzielnicę odzyskał, gdy i Kaźko Szczeciński ją dostał, i Włodek Opolski wziął też na Rusi... Potem, gdyby godzina wybiła...
Książę uszy sobie zatknął. Na twarzy jego przestrach się malował i wzruszenie nadzwyczajne, drżał cały.
— Szukałem tu spokoju, — zawołał, — w tych murach, zdala od kraju, gdzie mnie żaden głos z niego dojść nie mógł. Żywy zamurowałem się w ten grób, a wy mnie z niego wyciągnąć chcecie, abym z mnicha stał się znowu pospolitym grzesznikiem, i duszę zgubił...
Precz odemnie kusiciele!
Odwrócił się, posłowie stali nieruchomi.