Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


choćby przez wdzięczność, że o Piastach nie zapominacie.
— Cóż, gdy oni o nas myśleć nie chcą! — odważył się wtrącić Dersław.
— Nie chcą? — podchwycił z dziwnym wyrazem Ziemowit, — mów — nie mogą.
Skinął głową i zwolna się ku oknu odwrócił. Nałęcz pokłonił się nisko. Książe już nań nie patrzał.
Wyszli z komory i Nałęcz aż do podwórza słowa nie rzekł, tak był strapiony.
— Na tych nie ma co rachować, — mówił w duchu.
Podskarbi go poprowadził nazad do swej izby, i z pochmurnej twarzy domyślił się, że posłuchanie przykre na nim uczyniło wrażenie.
— Książe wasz — otwarcie rzekł Dersław, — klina mi ostrego zabił w serce.
— Hę? — spytał podskarbi.
— Nie ja jeden, ale wielka część ziemian naszych na niego rachowała.
Podskarbi słuchał nie odzywając się.
— Zmusi nas za mnichem gonić! — mruknął Dersław.
— Toż go znać powinniście, iż statku nigdy nie miał, — przerwał podskarbi. — Nawet i z rozpaczy za pana go wybierać się nie godzi.
Nałęcz siadł i w okno począł patrzyć.
— Krew w nich zastygła, — rzekł smutnie, —