Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmiał) biedaka tego z pod kaptura wywlekli, który nic do stracenia nie ma.
Dersław jakby wstrzymać się nie mógł, wtrącił.
— Jakby nas bieda zmusiła, kto wie? Ma on dawnych przyjaciół! gotowi sprowadzić i tego.
Ziemowit głową potrząsł.
— Papież wam go nie da, — rzekł, — a on też przeciwko siostrzenicy Ludwikowej żonie i dzieciom jej oręża nie podniesie; nie mówiąc już o potędze króla.
I nie człek to do wojowania a panowania, do których więcej siły potrzeba i wytrwania, niż on ma.
Ręką uderzył po stole, sparł się i zamyślił.
Milczenie trwało długo, a rozmowa tak przykre uczyniła wrażenie na Nałęczu, iż kroków parę ku progowi ustąpiwszy, gotów był żegnać się i odchodzić.
Domyślając się tego stary książę, powstał, ująwszy czekan, który stał przy siedzeniu, czekan ten, przypominający Dersławowi niedawno słyszaną Dobka historyę.
Gdy podniósł się i wyprostował, siłę w nim jeszcze męzką, mimo wieku, widać było, i postawę przybrał pańską a rycerską. Głos jego złagodniał.
— Idźcie z Bogiem, — odezwał się do Dersława. — Niedobreście mi wieści przynieśli od Wielkopolski, życzę, by się wam lepiej działo,