Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nałęcz, — dosyć, że każdy życia swojego i mienia ustrzeże.
— A wielkorządzca?
— Jakby go nie było... innego nam dać muszą, tego słuchać nikt nie chce, — rzekł Dersław.
Ziemowit potrząsnął głową.
— Jedźcie z żałobą do Krakowa, — ozwał się pomilczawszy, — juści królowa ulituje się wam.
— Wielkopolanie tam ucha nie mają, — począł Dersław. — Węgry naprzód, a po nich Krakowianie... nam tam za drzwiami stać każą, jeśli i od tych nie odpędzą...
Ziemowit uśmiechnął się.
— Zazdrosni jesteście, boć tam pono na dworze Elżbiety wesoło czas drudzy trawią. Pan Bóg dał Elżbiecie jakąś cudowną młodość, którą powiadają, że czarami utrzymuje a wodą.
Dersław ramionami poruszył.
— Królowa stara, ale doradców młodych lubi, — rzekł, — i to nas gubi. Lada chłystek, co ją zabawi, łaski i zaufanie ma, starych sług poodprawiała.
Ziemowit wysłuchał tych skarg, a że z całego rozmowy toku mógł się domyśleć, iż Dersław przybył tu na zwiady, podniósł się więc znowu i — powtórzył.
— Radźcie sobie jako możecie, na Piastów żadnych nie rachujcie. Chybabyście (tu się roz-