Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pominąwszy główne wnijście dworu, p. Mikołaj na prawo szedł z gościem swym, do skrzydła w którem miał mieszkanie.
Położone ono było tuż przy książęcym skarbcu, który we dwu aż urzędnicy dozorowali. Nie było przepychu żadnego w kilku izbach pana Mikołaja, mało nawet wygody i szczupło sprzętu, bo stary, rodzinę wyprawiwszy na wieś, żył tu tylko jak na popasie.
W komorze sklepionej, do której gospodarz wprowadził Dersława, wisiał tylko Chrystus ukrzyżowany na ścianie i wygodniejsze siedzenie usłane było we wgłębieniu okna, z którego po za mury na łąki i lasy oko mogło wyjść z tego więzienia.
P. Mikołaj siadywał tu pewnie tęskniąc za wsią swą, za lasami, za polami, za swobodą, bo jest we krwi ziemianina polskiego, że zawsze za szerokiemi obszary wzdycha, i w mieścisku a w murach więdnieje.
Nie zdradzał tej tęsknicy baczny p. Mikołaj, bo by to książe wziął za złe, ale się ona na obliczu jego wycisnęła.
Starzy przyjaciele poufalej jeszcze na nowo rozpoczęli swe wspominki z czasów młodości, i Nałęcz miał rozpocząć zręcznie badanie, gdy pacholę w padło[1] w kusym stroju niemieckim, obcisłym — jakby przestraszone i dyszące, powołując podskarbiego do księcia.

Mikołaj, zaledwie przemówiwszy słów parę

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wpadło.