Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówił się ten, iż dla dozoru ludzi pozostać chciał w gospodzie.
Szli tedy starzy sami na zamek, a po drodze nic bacznego oka Dersława nie uchodziło.
Wiedział on o tem dobrze, iż chcąc poznać człowieka, tem bardziej takiego, który potęgę w ręku dzierżał — na wszystko co go otaczało pilno należało spozierać, bo tu każda rzecz miała swe znaczenie. Tak dobrze odarty kaftan sługi jak chudy koń żołnierza i obejście się ludzi, a głosy ich, zaraz o panu do którego należeli, oznajmywały.
Około zamku cicho było — czysto i ład wielki a karność widoczna. Choć służby i pachołków kręciło się dosyć, wrzawy żadnej nie słyszał...
W bramach i u wnijścia, choć pokój był, straże stały, zbrojni miejsca swe zajmowali...
Drugie wrota przeszedłszy, większą jeszcze cichość w podworcu znaleźli; tu w pośrodku murowany, okaźny stał dworzec książęcy, pięknie kryty i dosyć rozległy.
W przedsieniach trochę czeladzi siedziało, jakby na rozkazy oczekując i ust prawie nie otwierając...
Jak na wszystkich dworach książęcych, które z zachodniemi państwami miały stosunki, i tu dwornia a rycerstwo więcej z niemiecka i z cudzoziemska poprzybierana była, niż dawnym obyczajem domowym.