Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przed wami się taić nie chcę — rzekł w końcu — wy mi możecie dać radę dobrą.
Wielkopolanie Piasta sobie szukają, aby go królem zrobić... Pomyśleliśmy o Ziemowicie... Jakby ten nie chciał, albo my go nie mogli... gotowiśmy waszego Białego z klasztoru wyciągnąć.
Usłyszawszy to, Okoń się z ławy zerwał i śmiać począł dziwnie, aż zanosił.
— O! krętoż około was być musi, kiedy szczupaka nie mając, taką płocicę na stół kładziecie! — zawołał. — Biały? a toć to taki książę, że nigdy nie wiedzieć, co zrobi jutro...
Zechcecie? pójdzie z klasztoru, zbroję wdzieje, dwa dni się będzie bił, trzeciego klęknie się modlić, czwartego gotów się żenić, a piątego żonkę porzucić!
Śmiał się urągliwie Okoń.
— Wy bo — wtrącił urażony Dersław — na nikim nitki nie zostawicie poczciwej, krzywi wam wszyscy!
— Jako żywo! Białego kochałem i kocham, służyłem mu. Człek nie zły pod czas, ale jutro się gotów wściec, choćby pojutrze płakał na to. Takim się rodził...
— Klasztor ci go uśmierzył i odmienił pewnie — rzekł Nałęcz.
— Bóg wie! — westchnął gospodarz — mnieby się temu wierzyć nie chciało. Zmieniają się ludzie,