Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tylko nie tacy, u których żaden dzień do drugiego nie podobny.
Na króla taki pan najgorszy, a choć Mazur ciężką rękę ma i gwałtowny jest, i życie ludzkie u niego słomki nie warte... już i ten byłby lepszy...
Okoń siadł na ławie i w ogień patrzając dumał.
— Ja bo, przyznam się wam — począł znowu Dersław — o Mazurach mało co wiem. Dopiero do starego druha, do Mikołaja z Milanowa, jadę języka wziąć.
— Na to nie potrzebujecie Mikołaja — westchnął Okoń — ja ich lepiej od niego znam, bom bliżej sypialni i stoła był... Znacie historyę jego i onej drugiej żony... a tego syna, którego on teraz tak kocha?
To mówiąc, uśmiechnął się złośliwie Okoń, i wnet poprawiając się dodał. — A no, lepiej pono, żebyście się o tem nie odemnie dowiadywali.
Wstał i za drzwi się wychyliwszy o wieczerzę zawołał, na co mu baba swarnym krzykiem coś odparła.
Nim wieczerzę podano, po chłopsku zgotowaną i starą słoniną zaprawną, Dersław miał czas się odezwać.
— Uczynilibyście mi łaskę, Okoniu, gdybyście mnie Mazura waszego nauczyli. Choć Mikołaj