Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Okoń popatrzył nań bacznie, głową potrząsł.
— Niceście nie wymyślili, a wy jedziecie do Płocka? — mruknął. — Odgadnąć łatwo po co! Chcielibyście może Mazura skosztować, gdy wam Węgier nie smakuje?
Dersław zmilczał.
— Ten nie lepszy — ciągnął Okoń. — Baba wam za miękka, a on będzie za twardy... To kat, nie pan...
Żachnął się na te słowa Dersław.
— Co prawicie? — zawołał.
— To, co najlepiej wiem — mruknął Okoń. — Przecież długo panem moim był, a ja u niego cześnikiem... Nie daj Boże w jego ręce się dostać.
— Mówią, że na starość spowolniał?
Okoń się rozśmiał.
— Siły nie ma, to i złość w sobie kryje — rzekł.
Zmierzchało coraz bardziej i gospodarz poszedł do komina drzazgi zapalić dla oświetlenia ciemnej izby.
— Ochotę mi odejmujecie jechać do Płocka — rzekł Dersław — lecz on, nie on, dwu synów ma...
— Byle się w niego nie wdali — syknął Okoń — nie dwu, ale i trzech się znajdzie...
Dersław siedział trochę zamyślony.