Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bez gniewu, — odezwał się Przedysław. — Chcieliście porady odemnie, musiałem wam ją dać. Czyńcie, co słusznem widzicie...
— Na stanowisku wytrwać muszę, — odparł dumnie Toporczyk. — Wy też rozmyślić się powinniście, czy walkę wam z królem i królową rozpoczynać się godzi.
— Wyzwano nas, — krótko odezwał się Przedysław.
W obu widać było, że nie czuli się nieprzyjaciółmi, i że raczej pociąg ku sobie mieli niż niechęć, lecz żaden z nich ustąpić nie mógł.
Grad ciągle na dachach i po ścianach warczał i szumiał.
— Nie czyńcie mi tej krzywdy, abyście dom mój w taką porę opuszczać mieli, — ozwał się wojewoda. — Z wielkorządzcą rozmowa skończona, a Otto Toporczyk gościem dla mnie miłym.
Dał się przybyły skłonić i rzuciwszy czapkę, usiadł.
Spojrzeli na siebie.
— Wielkopolska więc, — rzekł, — na króla i królowę zagniewana?
— Inaczej być nie mogło, — począł gospodarz. — Król Ludwik wprawdzie odwiedził nas, tak samo jak Łęczycę i Sieradz, ale w Gnieznie nawet na przygotowanym dla siebie tronie usiąść nie chciał...
Otto zmilczał.