Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tem zawiniłem, żem tego nie przewidział, — rzekł. — Stało się. Dziś dać się wam wygnać, mnie, z ramienia króla posłanemu, sromby było... Zawierzcie mi, że dobra pragnę i...
Ręką skinąwszy nie dał mu mówić Przedysław.
— To nic nie pomoże, — przerwał. — Obraliście złe stanowisko. Żal mi was, lecz rady na to nie ma.
— Cześć moja nie pozwala mi go opuścić.
— A nasza cześć nie dopuszcza, byśmy inaczej was przyjęli, tylko tak, jako widzicie.
— Znać mnie więc nie chcecie?
— Ottona z Pilcy szanuję, — rzekł Przedysław, — ale wielkorządzcy w Poznaniu Krakowianina — nie znam.
— Gdzież ono prawo, którego się trzymacie?
— Wieki je zapisały... a czy na karcie gdzie stoi czy nie, my go sobie odebrać nie damy.
A po chwili dodał wojewoda.
— Przyjdzie do tego, że, gdy dziś wszystko pisać i pieczętować potrzeba, bo żadne słowo nie waży, postaramy się o to, na przyszłym, da Bóg, zjeździe jakim, aby obyczaj w pisane prawo się obrócił.
Stali tak naprzeciw siebie, a wojewoda ciągle gościowi siedzenie wskazywał, gdy on już ku oknu otwartemu patrzał, ażali grad i słota nie przejdą, aby nie mieszkając, się oddalić.