Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Naprzód muszę wam to rzec, co mi najwięcej na sercu leży, — odezwał się, — a to, że ja też wielkorządy sprawowałem, jako powinność, ale nie żebym się ich napierał i o nie ubiegał. Dziśbym ich nie wziął.
Byćże to może, abyście nie wiedzieli sami, dlaczego was tak Wielkopolanie przyjmują?
Ziemia ta, gniazdo piastowskie, od której całe to państwo imię wzięło i królów, wydziedziczone ze wszystkiego, nawet z tego przywileju, że korony w Gnieznie strzegło... zostało przy tem jednem, że je zawsze Wielkopolanin rządził...
Nie mając udzielnych książąt, chciało i chce mieć nad sobą takiego, coby się tu zrodził i wychował.
— Albośmy to w całej tej koronie nie wszyscy bracia? — zapytał Otton. — Przecie Toporów naszych siła w Szląsku i tu u was. Jam tu obcy?
— Jeśliśmy bracią, to — stryjeczną, — rozśmiał się Przedysław, — daremna to rzecz inaczej dowodzić, kiedy nas po mowie i obyczaju każdy pozna, że nas nie jedna kwoka wysiedziała... Zresztą, tu o prawo idzie, a nie o miłość.
Gdyby wam wielkopolanina posłali do Krakowa, tak samobyście się nań zżymali.
Królowa ani król tego nie rozumieją, wy, miłościwy mój, powinniście byli zawczasu wiedzieć, co was czeka.
Otto z Pilcy potrząsł dumnie głową.