Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyszedł pan Przedysław, pewnie się kogo innego domyślając, i zdumiał mocno, gdy Ottona zobaczył. Rad czy nie rad, do domu wpuścić i witać musiał.
Toporczyk już tak był podrażniony tem, co go tu, a nawet po drodze spotykało, iż nie usiadł, ani gościny nie przyjął, póki, co miał na sercu nie zrzucił.
— Panie wojewodo! — zawołał stojąc w przedsieni, — wiem, że mi nie jesteście radzi, żem wam gościom[1] niemiłym, lecz — wybyście do mnie nie chcieli, ja do was musiałem.
Skłonił się Przedysław. Weszli do wielkiej izby dolnej sklepionej. Gospodarz siedzenie pierwsze wskazał. Otto nie siadł.
— Przybyłem do was po radę, — odezwał się. — Królowa Elżbieta, na którą król nasz rządy tego królestwa zdał, z porady panów komesów swych i baronów zesłała mnie tu w miejsce wasze. Chciejcie wierzyć, żem się ja o to ani starał, ani dobijał...
Wiedziałem, że mnie niewdzięczną przyjmiecie twarzą...
Królowej posłusznym być musiałem, radbym tylko to czynić, co wam miłem i dobrem być może. Dlaczego wszyscy, jakobyście słowo sobie dali, odsuwacie się odemnie?

Przedysław pomilczał chwilę.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – gościem.