Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


posłusznymby mu był, lecz każdy się obawiał pójść przeciw swoim, wiedząc, że wielkorządzcy łatwo się zmieniają, a ze swoimi po wiek wieków żyć potrzeba.
Nie znano i znać nie chciano Ottona z Pilcy. Nie miał on, jadąc, nadziei, aby go zbyt mile przyjęto, lecz ufał sobie, że uprzejmością i gościnnością powoli serca zjedna. Trafiwszy na ten pogardliwy niemal opór, nie wiedział spełna, co czynić.
Ponieważ z biskupem dobrze był, jego pytał o radę. Ten westchnąwszy do Boga, złożywszy ręce, nic więcej nie rzekł nad to, że czekać było potrzeba i nie okazywać gniewu.
Tymczasem na zamku ciągle pustki były. Oprócz kilku swoich Krakowian, nie miał nikogo, a ci, popróbowawszy się do Wielkopolan zbliżyć, odprawieni ostro, zostali sami jak on.
Po gospodach, napróżno szukali znajomości, gdzie się który śmielszy wcisnął, przychodziło do waśni — kilku porąbano, reszta na zamku siedzieć musiała. Nawet ci, co powinowatych mieli w Wielkopolsce, nie znaleźli lepszego od nich przyjęcia.
Tymczasem, jak przed przybyciem Ottona z Pilcy, tak po jego przyjeździe, rozboje i napady, gwałty i najazdy trwały ciągle. Mało było ziemian, co z dworem trzymali, na palcach można ich było policzyć, ci zaś, szczególniej na gwał-