Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ścią wielką zajechał Otto z Pilcy na Przemysławowski gród.
Po drodze gawiedzi milczącej stało siła, mieszczan, żydów i okolicznych kmieci powychodziły z domostw gromady, ziemianie tylko wcale się nie pokazali.
Na zamku były pustki.
Nie witał nikt, nie przybył nikt. Dopiero nierychło biskup sam z kilku kanonikami znalazł się u nowego wielkorządcy.
To przyjęcie milczące, dziwne, więcej może dumnego Toporczyka obeszło, niż opór i jawna niechęć, gdyby mu je objawiono. Było coś pogardliwego w tem usunięciu się, które mówiło:
— Nie nasz jesteś, nie znamy cię.
Biskup starał się go pocieszyć, obiecując, iż się to wszystko, zwolna a łagodnie postępując, zmienić może.
Wielkorządzca na pustym grodzie, wezwawszy do siebie tych, co z urzędu musieli mu się stawić, i z tych słowa nie dobył. Przybywali milczący, słuchali nachmurzeni, odchodzili nic nie obiecując.
Z walczącymi jawnie sprawa lepsza, z takim oporem biernym wielkiej cierpliwości potrzeba, a na tej właśnie Toporczykowi, krwi żywej i umysłu pańskiego, zbywało.
Z pomniejszych ludzi nie jedenby może zwrócił się ku niemu, i w nadziei, że coś uzyszcze,