Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spojrzeli sobie w oczy i wojewoda zmiarkował, że Janko z Czarnkowa musiał z gospodarzem nie całkiem jednej być myśli.
Porozumienie to milczące nie uszło oka podkanclerzego, który się domyślał, iż Wielkopolanie knuli może coś takiego, do czegoby mięszać się nie chciał. Wkrótce też pod pozorem, iż proboszcza nawiedzić chce, wyszedł z izby.
Sam na sam zostali z sobą wojewoda i stary Nałęcz.
— Ottona z Pilcy się zbyć, rzecz mała — rzekł Dersław otwarcie — mybyśmy radzi zbyć się i rządów starej baby i tego króla, który nas nie zna.
Przedysław nie dał po sobie poznać, by go to zbytnio zadziwiło, co usłyszał, milcząc czekał objaśnienia.
— Panie wojewodo — odezwał się Dersław — zjechać nam się potrzeba kędyś i pomyśleć o sobie...
Wielka Wieś niedogodna... dwór u mnie szczupły, a gdyby ludzie doń ciągnąć zaczęli, wpadłoby to w oczy.
W Poznaniu królowa stara swoich ma, co nas podsłuchają i doniosą.
— Dokądże myślicie się gromadzić? — spytał wojewoda nie sprzeciwiając się.
— Na nabożeństwo do Gniezna — rzekł Dersław — każdemu człeku jechać wolno, ani to