Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wiecie albo nie — odezwał się nogę ze strzemienia dobywając — co mnie spotkało?
Dersław głową potrząsł potakująco.
— Więc i tego się dorozumiecie, po com do was przybył. Szukam dobrej rady...
Wprowadzono go uroczyście do izby.... Dersław okazywał mu uszanowanie wielkie, może zbytnie nawet, lecz miał zwyczaj ten, że się lubił małym czynić, czując, iż nim nie był. Więc najlepsze siedzenie naprzeciw ognia dano panu wojewodzie, który, jakby wcale nie czuł tego, iż go z wielkorządów zrzucono i odebrano mu dostojeństwo i władzę, uśmiechał się wesoło.
— No, cóż wy na to? — odezwał się — będziemy mieli Małopolanina w Poznaniu!! Brak tego, aby mnie do Krakowa posłali z łaski swej, ale jabym tam nie pojechał... Otto z Pilcy godny człek, pan wielki, rycerskiego ducha; szkoda go zaprawdę, bo...
— Bo my go znać nie chcemy! — przerwał Dersław. Jeżeli jakie prawo jest, przy którym stać musimy, to te, ażeby nas obcymi ludźmi nie obsyłano... W Wielkopolsce tylko my do urzędów i rządów mamy prawo...
Przedysław ręce zmarzłe zagrzewał... Podano kubki na powitanie, Dersław nalewał, a nalewając szepnął.
— Trzeba nam się nie we dwu, ale w kupie naradzić, bo jest nad czem.