Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drówki czasu nie miał, nie rad się z Krakowa oddalał, a dla urzędu też nie mógł.
— Ojcze mój! a was tu co do nas przyniosło? — schylając się do ręki jego rzekł Dersław. Gościem mi jesteście najmilszym, lecz, Bóg świadek, niespodzianym.
Głosem grubym i mową gwałtowną odparł Janek z Czarnkowa.
— Ja sam, bracie mój, też się nie spodziewałem was nawiedzić... Cóż chcesz? takie czasy nastały, że ci, przed którymi uciekano niegdy, dziś uciekać muszą...
Proszę was o schronienie na czas, bo mnie bodaj więzić chcą! Ale...
Dersław osłupiał.
— Żarty prawicie!
Weszli do izby.
— Ba, nie żarty — zawołał przybyły podkanclerzy — umiano tak chodzić około starej królowej, takiemi okładając potwarzami, że gdyby mnie suknia duchowna nie obroniła...
Zeszli się tymczasem wszyscy: Wierusz, Lasota, przyszła pokłonić się duchownemu Dersławowa Jagna, skupili się około gościa, którego przyjmowano serdecznie.
Ten, rozjątrzony i poruszony, ledwie gniew w sobie mógł utrzymać...
Poczęły się tedy opowiadania, pytania i okrzyki podziwienia...