Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówił Dersław — a zobaczą, czy długo u nas wytrzyma! Wykurzymy go... choćby najlepszym był, bo w swej ziemi cudzym ludziom rządzić nie damy. Wielkopolan dosyć jest, i z nich człeka wybrać powinni...
Innego dnia przyszła wiadomość, iż król Ludwik, korony zabrawszy z sobą, do Budy odjechał, a starą matkę swą na Krakowie zostawił. Ta zaś jak rządziła — nie mówiono. Śmiano się i ramionami poruszano...
Domyślał się każdy łatwo, że nie jej rządy, ale gładkich ulubieńców nastąpić muszą...
Kilka razy stary po język się wymykał to do Poznania, to do Gniezna, to do sąsiadów, którzy nad gościńcami siedzieli. Jednego zimowego wieczora gość się też zjawił.
Był to duchowny, lat średnich mężczyzna, w którym potomka rodu rycerskiego na pierwsze wejrzenie widać było, bo ramiona i piersi do zbroi miał raczej, niż pod rewerendę stworzone.
Powinowaty panu Dersławowi, bo do Nałęczów rodu należał, Jan z Czarnkowa, dosyć już wysokie zajmował stanowisko, bo podkanclerski urząd piastował. Sławny był też z nauki, z prawości i nieskazitelnego życia, ale krwi gorącej, porywczy, języka niepohamowanego, więcej miał nieprzyjaciół, niż druhów.
Gdy go z sań wysiadającego Dersław zobaczył, zdziwił się wielce, bo wiedział, że na próżne wę-