Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy Moszczyc dokończył, milczenie panowało długie. Dersław dziwnie głową potrząsał.
— Nie wiem — rzekł wreszcie — czy na biednego, skołatanego tylu wypadkami, zniechęconego do życia, liczyć nam co można. Mnich nie mnich, juściby go nam papież oddał, gdyby pięknie poprosić, ale co nam po takim człowieku!
— Nie mówcie tak — gorąco wyrwał się Przedpełk ze Staszowa — właśnie człowiek, jak on, najlepszy dla nas, bo nam wszystko winien będzie. Po świecie się kręcił, prawda, miejsca nie zagrzewał, bo mu nigdzie los nie dopisał. Cóż miał czynić?
Stefan z Trląga w tąż począł.
— Mężny jest, to wszyscy świadczą. Krew piastowska w nim. Czego więcej chcecie?
— A no — rzekł Dersław — przy krwi tej jabym i głowy chciał piastowskiej... Wiem ci, że o innego Piasta trudno, alebym już Kaźka wolał.
Drudzy się podnieśli i zakrzyczeli.
— Temu złote góry dawajcie, to go nie zwabicie... Ujął go już Ludwik, jego on jest, a o koronie ani myśli...
— I nie ma drugiego krom tego — dokończył Przedpełk.
Zadumał się Dersław.
— Czasu dosyć — rzekł — dziś się to ogaduje tylko, a stanowić zawcześnie. Na Ludwika się porwać z lada kim i lada czem trudno.