Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wątpię — ozwał się po raz pierwszy, ale gorąco, milczący dotąd i słuchający z uwagą Lasota Nałęcz. — Wątpię ja, abyśmy z królem Ludwikiem, a on z nami do ładu przyszedł.
Pan dla Węgrów, dla Dalmatów i Włochów może taki, jakiego im potrzeba, a nam się nie zdał na nic...
Zobaczycie...
— I my tak sądzimy — zwracając się ku mówiącemu, odezwał Przedpełk. — My, co nas jest Wielkopolan, tego Małopolskiego, krakowskiego króla nie chcemy.
A gdy my poczniemy, to i Małopolanie się opatrzą...
Króla nam trzeba, coby u nas mieszkał, z nami żył i nas rozumiał. Ten niechaj sobie do Włoch ciągnie, aby mu cieplej było... my innego, w kożuchu sobie wyszukamy, co mu też nasze kożuchy śmierdzieć nie będą!
Gwar się stał i śmiechy.
— Ino poczekajmy, a rozpatrzmy się — powtórzył Dersław. — Tego czy innego, wybierzemy, a kogoś mieć musimy, i takiego, żebyśmy go już mieniać nie potrzebowali!
Poczęli tedy drudzy z miejsc powstawać, żegnać się i wychodzić, a Lasota wkrótce sam na sam z Dersławem na górze pozostał.