Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co tu gadać o tych Piastach — wtrącił Wyszota z Kórnika — ja wam powiem jedno. Opolczyk z Ludwikiem będzie trzymał, to jedna wiara, gdyby mu dawać koronę, nie zechce. Woli spokojne księztwo, a walka długa nie jego rzecz. Kaźko też byle Dobrzyń miał, tego mu dosyć i nawykł Elżbietę i Ludwika szanować...
Mazur, choćby Litwę do siebie ściągnąwszy, mógł się ważyć, nie zechce, boby go Krzyżakami nastraszono, a Węgryby mu Mazowsze jego plądrowali, o które stoi.
Dla mnie jeden jest tylko, coby go można wziąć i poszedłby...
Wszyscy nań spojrzeli.
— Kto? kto? — poczęli pytać.
— I Piast, i bliski, i taki człek, co nic do stracenia nie ma. Taki pójdzie najłatwiej, gdy mu lada nadzieja zaświeci.
— Któż? — zaczęto naglić.
Wyszota, dał im czekać i odgadywać, głowę tarł, nie pilno mu było odkryć, o kim myślał. Wreszcie zamruczał.
— Ano, Biały, Gniewkowski!
Dersław ręką zamachnął szeroko.
— Toć go postrzygli, mnich jest, co nam po nim! — zawołał.
— Mnich! jakby to Kaźmirz też mnichem nie był... Papież go ze ślubów zwolni dla korony.
Milczano trochę.