Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kto z was Białego lepiej znał? — mruknął, zwracając się ku starym Dersław.
— Jakbyś nie wiedział — odparł Moszczyc — żem ja u niego kasztelanem był, a Oswald (wskazał na siedzącego obok) też mu urzędował.
Nie tak ci to stare dzieje, lat parę dziesiątków... Nikt go od nas lepiej nie zna...
Milczano słuchając, a stary Moszczyc, jakby chciał się namyślić, co dalej powie, kubka nachylił i powoli wino z niego ssał po kropelce.
— O tym Białym książątku — zaczął tymczasem Dersław — tak różne wieści chodziły, tyle o nim prawiono, że nie wiedzieć, czemu wierzyć. Z wszystkiego, com słyszał, on mi się nie wydaje lepszym od drugich.
— Ani lepszy, ani może gorszy od innych — przerwał stary Moszczyc — ale do żadnego innego niepodobny; kto wie, coby z niego było, gdyby mu siłę dać, i gdyby nad nim słonko zaświeciło. Z człowiekiem, bracie, jak z drzewem, może być kołkiem w płocie i osadą chorągwi...
Dersław głową potwierdził i uśmiechnął się.
— Tak, prawdaby to była, gdyby człowiek klocem był, a nie bożem stworzeniem, które ma przecię wolę i rozumu trochę. Ale no, kiedy go znacie, prawcie nam, co on za jeden ten Biały, dobrze to wiedzieć na wszelki raz.
Wszyscy się obejrzeli na Moszczyca, który, splunąwszy, mówić się gotował.