Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja przy swem stoję — rzekł. — Nieboszczyk król pan był złoty, serdeczny, prawy ojciec nasz, Panie Boże mu daj chwałę wieczną, ale że w końcu pobłądził, to pewno.
Wiele uczynił dla korony tej, bo któż nad niego więcej? aliści miał ją dożywotnią w opiece, i nią, jak suknią, rozporządzać nie mógł... Dokuczała mu siostra, aby ją synowi jej dał, nie dali spokoju, osaczali, męczyli, puścił ją na Węgry...
Ależ nie on ostatnim Piastem był, a korona to Piastowska... Łoktkowe państwo nie było... Piastów było... Toćbym wolał Mazura na pana, choć szepleni, wolałbym którego ze Slązaków, wolałbym Kaźka, wnuka nieboszczyka, którego on sam wychował, wolał Władysława Opolczyka, niż tego Węgra, Francuza, któremu my śmierdzim i on nam...
— O! o! o! — odezwał się ktoś z kąta głosem grubym — tylko nie Opolczyka, Niemiec jest, choć Piast, Niemiec, jak Szlązcy... Już się to przekabaciło zupełnie...
— Pan rozumny — wtrącił ktoś.
— Ale rozum ma nie nasz — rzekł Przedpełk. — Gadajcie, co chcecie, rozum nie jeden jest, co mi po niemieckim rozumie?
— Kaźko — przerwał stary Oswald — serdeczne chłopię, ale wątłe, ja go znam. Do wszystkiegoby się rwał, a przy niczem nie ustoi.