Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale z boleścią naszą się wygadać. Słuchajże, a bądź baczny...
Żebyś zaś wiedział, kogo przed sobą masz...
Wskazywać począł.
— Stary ten, Moszczyc się zowie... ten siwy drugi, Oswald jest z Płonikowa, a oto brat Przedpełk ze Staszowa, pan Stefan ze Trląga od jeziora, i Wyszota z Kórnika, i...
Począł liczyć innych, było ich tylu, że Mruk mało mógł spamiętać.
Na chwilę przerwanym rozmowom pilno musiało być na nowo się zawiązać, bo już niektórzy się wyrywali, gdy Dersław, jakby w domu był, na Żuczka zawołał.
— W gardle mi zaschło! Napiłbym się piwa innego czasu, a no, kiedy te pany Węgry tylko wino smokczą, już mi wstyd od nich gorszym być...
Żuczek! wina dzban...
Śmiali się niektórzy, nikt nie protestował.
— Dobra rzecz wino — ozwał się Przedpełk ze Staszowa — zwłaszcza, gdy je kto umie korzeniami przyprawić i osłodzić, ale jabym się zaklął, pókim żyw, go nie kosztować, bylebym tu na Węgrów nie patrzał.
— No, i ja! — rzekł, śmiejąc się, Stefan z Trląga.
— A ja też — ośmielił się dodać Mruk, na