Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i głuszyło. Dersław, drzwi popchnąwszy, wszedł, prowadząc za sobą Mruka.
Izba na górce dosyć była przestronna, ale nizka, tak, że roślejsi z gości, rękę dobrze podniosłszy, mogli belek dosięgnąć na pułapie. Ogień się palił na ogromnym kominie, z kilku kłód suchych nałożony.
Ludzi tu było pełno. Jedni na ławach siedzieli, drudzy o stół oparci stali, inni się przechadzali, rozprawiając żywo i głośno.
Widać było, że swoi wszyscy, nie obawiali się ni podsłuchu, ni zdrady.
Goście to byli poważni, w większej części lat już nie pierwszych, dojrzali, z odzieży mierząc ich, dostatni, z twarzy wnosząc, nawykli rozkazywać, nie słuchać. Gdy Dersław wkroczył, obejrzeli się ciekawie ku niemu i powitali, wołając: otóż i on...
Lecz przybysza zobaczywszy zamilkli.
Dersław Lasotę po ramieniu uderzył.
— Nałęcz jest — rzekł — mój pokrewny, komornik nieboszczyka, świadom tu dobrze wszystkiego, a pewnie myśli to, co i my, bo po panu płacze... On to osobę jego na pogrzebie wystawiał.
Ciekawie popatrzono na przybysza, który stał milczący. Dersław się obrócił ku niemu.
— Wszyscy my tu swoi — rzekł — ludziska dobre... Zeszliśmy się nie o swoją skórę radzić,