Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie chcąc drażliwej przedłużać rozmowy Przedysław za kołpak wziął i skłonił się naprzód gospodarzowi, potem do koła i ku drzwiom zmierzał, odprowadzany grzecznie przez Różyców.
Po odejściu jego czas jakiś trwało milczenie, spoglądali po sobie wszyscy, jakby się przekonać chcieli, że teraz sami z sobą są i swobodnie mówić mogą.
— Królowi Ludwikowi będzie co czynić w nowem królestwie — westchnął Dobiesław. — Dziedzictwo wziął piękne i bogate, ale troski z niem sporo... Mazury się oderwały precz, z Rusią się będzie ciężko obronić Litwie, Brandeburgi i Sas już nas kąsają...
Potrząsnął głową.
— Dodajcie i to — cicho bardzo szepnął sędzia krakowski — że choć testament i dawne pakta tron zapewniają Ludwikowi, ale djabeł nie śpi... Piastów i Piastowiczów jest dosyć i takich, co ino w nich krew królów prawych widzą, także nie mało.
— Daremna rzecz i próżny to strach — odparł żywo wojewoda. — Jużci ani Władysław Opolski, ani Kaźko Szczeciński, ani Mazowieccy się nie pokuszą...
— Za nikogo nie ręczę — rzekł sędzia, głową potrząsając. — Samby może żaden się nie poważył, ale warchoły namówią. Śmiech o tem wspominać, a jabym i za Włodka Gniewkowskie-