Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go, co się pono zakapturzył kędyś i z mnichami śpiewa w chórze, nie ręczył.
Śmiać się w istocie drudzy zaczęli.
— Chybaby rozum stracił, ktoby go przeciw panu naszemu chciał prowadzić — ofuknął Otto z Pilcy. — Na Gniewkowie sobie rady dać nie mógł, i to księztwo, które do lada worka schować można, porzucił, a co mu o koronie myśleć?
— Tak ci, tak! — rzekł szydersko sędzia. — Małe księztwo porzucić nie żal, bo, co po niem, wielka troska? ale o ogromne królestwo warto szyi nadstawić...
— Na to — zawołał Otto z Pilcy — ogromne serce i prawicę mieć trzeba potężną, no, a tych właśnie wasz mnich nie miał nigdy...
Znowu zamilkli trochę, a potem ci, co u stoła siedzieli, nachyliwszy głowy ku sobie, cicho coś szeptać poczęli.
Do wojewody schodziło się ludzi różnych tylu, którzy nie wszyscy z nim trzymali i których on nie był pewien, że poufne zwierzenia musiały się szeptami od ucha przenosić do ucha.
Więcej niż kiedykolwiek po śmierci króla Kaźmirza zarysowały się dwa obozy przeciwne. Jedni, w nowem panowaniu osobistych szukając korzyści, cieszyli się z niego i starali tylko jak najlepsze ze dworem zawiązać stosunki, drudzy, jaśniej widzący, już upatrywali przyszły kraju