Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wy, przejmującą, bo ci, co ją nucili, szlochali śpiewając, dłońmi zakrywali oczy, włosy darli na głowach i ręce wznosili ku niebiosom.
A żal ich niekłamany, straszny, do kości poruszał tych, co byli świadkami, i płacz zaraźliwy wybuchał od niego w tłumach.
O pieśni mówiono, że nieuk jakiś, wielkiego serca, z boleści niezmiernej wyśpiewał ją, a wszyscy za nim powtarzali słowa, na które mądrzejsi ramionami ruszali, bo były proste, jakby z ust ludu wzięte, a szły w piersi, jak żelazo ostrzem bolu swego.
Rozlegała się ta pieśń natchniona a nieforemna, głusząc psalmy, głusząc dzwony i wtorem zwrotkę jej tłum cały z płaczem powtarzał.

Rodzica ta ziemia straciła,
Straciła rodzica...
Żałobą się cała okryła...

Ani herold, jadący przed marami, aby im szerszą uczynić drogę i rzucający na prawo i lewo garściami szerokie grosze pragskie, nie mógł im łatwego przejścia uczynić; gawiedź ledwie schylała się po spadające na ziemię pieniądze, inni stali płacząc i popychać się dali, nie wiedząc, że na nich następowano. Żal był prawdziwy, powszechny, wielki.
Dopiero straż królewska z wielkiemi halabardami pozłocistemi, rozpychająca niemi gromady i wołająca — król! król! — więcej siłą niż po-