Strona:PL Istrati - Żagiew i zgliszcza.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczęścia mogło istnieć na ziemi i taka garsteczka ludzi tylko mogła się niem rozkoszować.
A Kreteńczyk pisze i pisze, podczas gdy ja trzęsę się z zimna i pożeram chininę cztery razy dziennie.



Baku

W Baku jesteśmy również już po raz drugi. Pamiętają nas tu jeszcze. Spotykamy twarze znajome, o uprzejmym wyrazie, człowiek bowiem robi miłą minę skoro się do niego uśmiecha. A trudno nie uśmiechać się do tych ludzi, którzy przyjmują nas z otwartemi ramionami.
Zwiedzamy naturalnie kopalnie i szyby, rozsiane gęsto niby drzewa w lesie. Co się tyczy doli robotnika, cóż mogę o tem powiedzieć? Cóż mogę mówić jedynie na podstawie porównywania cyfr? Dolę robotnika znam tylko wówczas, gdy pracuję z nim razem, ramię przy ramieniu. Ale teraz, kiedy przyjeżdżam jako osoba niemal oficjalna, kiedy biorę udział w oficjalnych przyjęciach, nawet nie myślę rozmawiać z robotnikiem, który albo by kłamał, albo by kpił z tego „pana“, jakim się stałem w jego oczach.
Oczywiście zwiedzamy „trzynaście miast robotniczych, w których mieści się dwadzieścia pięć tysięcy dusz“; — wszystko to wygląda bardzo elegancko, nawet zbytkownie, jakby prosto z igły. Oglądamy parę mieszkań: ładne, wygodne. Witają nas oklaskami, — odpowiadamy zdawkowym uśmiechem.
I wyjeżdżamy z tej krainy czarnego złota, nie